Świnia w meczecie – nie tędy droga

Minął tydzień odkąd serwisy informacyjne wszystkich stacji telewizyjnych zaczęły przekrzykiwać się o świńskim mięsie w meczecie. Akcja ta doczekała się tak całkowitego potępienia (ze strony lewicy), jak i częściowego zrozumienia, aż po całkowitą akceptację (głównie środowisk narodowych). Kobieta odpowiedzialna za cały ten bałagan została ponoć ujęta a swoje działania tłumaczy… zawodem miłosnym. Środowiska islamskie w Polsce już od samego początku nie zostawiały na niej suchej nitki.

Islam na Polski

Liczne głosy aprobujące całe zajście niewątpliwie dojrzewały przez lata wojny z terroryzmem, w której Polska aktywnie przecież uczestniczy, islamizacji zachodu Europy, przepaści pomiędzy dwiema kulturami, a także (albo może i przede wszystkim) ostatniej działalności ISIS. Czy jest jednak realny powód do obaw? Na terenie Polski mieszka około 31.000 muzułmanów. Odliczmy od tego jakieś 2.000 naszych polskich Tatarów, a zostaną nam ludzie, którzy przyjeżdżali do nas począwszy do lat 70. aż to teraz. Czy to dużo, czy mało? Raczej mało. Czy stanowi to jakiekolwiek zagrożenie? Również ta odpowiedź musi być przecząca.

Zastanowiwszy się nad wielomilionowymi muzułmańskimi społecznościami w krajach Europy zachodniej nie można nie dojść do wniosku, że powstały one w wyniku ogromnej imigracji drugiej połowy XXw. Miejscowa ludność muzułmańska nie byłaby w stanie rozmnażać się w skali pozwalającej jej na taki efekt. Tak wielki napływ ludności do Polski nie wydaje się realny. Imigranci celowo kierują się do państw bogatszych i lepiej rozwiniętych – Polska w ich planach figuruje co najwyżej jako kraj tranzytowy. Z drugiej strony bardzo nieopłacalne byłaby migracja z zachodu właśnie tutaj. Nie musimy się więc martwić ogromną rzeszą islamskich imigrantów. Czy to zapewnia nam bezpieczeństwo od ekstremistów i terroryzmu? Zdecydowanie tak. Oba te zjawiska występują tylko, gdy mają zapewnioną silną i stabilną pozycję i ukorzenienie w społeczeństwie. 30, 60 a nawet 100 tysięcy muzułmanów w 38-milionowym kraju to zdecydowanie za mało. Jedynym odstępstwem od tej reguły jest atak prestiżowy, jaki miał miejsce np. na Word Trade Center. Ponownie, Polska jako kraj dość mało znaczący nie musi się tym martwić.

Żeby jednak nie siać paniki i niepotrzebnych uprzedzeń na przyszłość. Znaczna większość muzułmanów żyjących w Polsce to tacy sami ludzie jak reszta społeczeństwa. Są wśród nich mniej i bardziej wierzący. Niektórzy przestrzegają ściśle Ramadanu, tak samo jak katolicy Postu. Inni, wręcz przeciwnie, ograniczają się do pomodlenia się raz dziennie lub rzadziej. Kłamstwem jest utożsamianie całości społeczności islamskiej z fanatycznym i ortodoksyjnym oddaniem Allachowi. Zaślepienie się strachem przed islamizacją i terroryzmem naprawdę nie oddaje rzeczywistości.

Wróćmy teraz do świńskiej głowy w meczecie. Zatrzymana kobieta mówiła, że zrobiła to w zemście za zawód miłosny. To jej sprawa. Nic mi do jej motywów. Zastanawia mnie jednak popularność i ogólna aprobata jaką wykazały środowiska nie chcące islamu w Polsce. Tak, oczywiście ta pojedyncza akcja zaszkodziła niewątpliwie społeczności muzułmańskiej, ale za jaką cenę? Jeden zbezczeszczony meczet kosztował burzę medialną i sprowadzenie islamosceptyków do poziomu błota – prymitywnych ograniczonych wandali. O ile lepszym wyjściem byłoby oficjalne odcięcie się od tak dziecinnych praktyk. Wydorośleć i pokazać, że ma się do pokazania coś sensownego. Ile można by osiągnąć, gdyby tylko wyzbyć się metki nietolerancyjnych prymitywów. Własna lojalna reprezentacja w Sejmie, poparcie dużej części społeczeństwa, realny udział w władzy… Czy przykład Węgier niczego nas nie nauczył? Skonsolidowana w działaniach, solidna i wielopartyjna prawica w obronie przed napływem imigrantów po prostu… buduje mur. Wielki kilkuset-kilometrowy trzymetrowy mur. Nie leczenie a zapobieganie. A co z uchodźcami już teraz znajdującymi się na Węgrzech? Są właśnie wysiedlani z miast do przygranicznych obozów, by nie stwarzali problemów rodzimej ludności Węgierskiej. A w Polsce? W Polsce nie ma dużo imigrantów ale rzuca się świńskim mięsem w meczety…

Kolorowe profilowe – kolejne polskie piekiełko na Facebooku

Fala kolorowych zdjęć profilowych, która przetoczyła się przez popularny serwis społecznościowy – Facebook – zdaje się już powoli ustępować. Przez długie dwa tygodnie zaskakująco duża część polskich użytkowników przyjmowała bądź to tęczowe, bądź biało-czerwone profilowe. Jak wygląda to z perspektywy czasu?

Cofnijmy się kilkanaście dni. Jest 26 czerwca bieżącego roku. Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych zdecydował, że zakaz homo-małżeństw, stosowany przez bardziej konserwatywne stany, jest sprzeczny z Konstytucją. Sam wyrok zaś został wydany w oparciu o 14. do niej poprawkę, mówiącą że:

„§1. Każdy, kto urodził się lub naturalizował w Stanach Zjednoczonych i podlega ich zwierzchnictwu, jest obywatelem Stanów Zjednoczonych i tego stanu, w którym zamieszkuje. Żaden stan nie może wydawać ani stosować ustaw, które by ograniczały prawa i wolności obywateli Stanów Zjednoczonych. Nie może też żaden stan pozbawić kogoś życia, wolności lub mienia bez prawidłowego wymiaru sprawiedliwości ani odmówić komukolwiek na swoim obszarze równej ochrony prawa.”

Poparcie dla decyzji w szybkim tempie okazała znaczna część amerykańskich polityków i celebrytów: począwszy od prezydenta Baracka Obamy, przez Arnolda Schwarzeneggera, a na Marku Zuckerbergu kończąc. Ten ostatni, będąc twórcą i dyrektorem generalnym Facebooka, wprowadził nań możliwość oznaczenia zdjęcia tęczowymi kolorami identyfikowanymi z ruchem LGBT. Przeznaczona do tego strona – celebratepride – dała wszystkim użytkownikom portalu tak szybką, jak prostą możliwość okazania swojego poparcia dla małżeństw jednopłciowych. Tyle na temat USA. Przenieśmy się za ocean.

W Polsce możliwość zmiany swojego zdjęcia zyskała niespodziewanie wielu zwolenników. Niestety, co mówię na podstawie zupełnie subiektywnych obserwacji, tęczowe profilowe szybko przekształciły się w swoistą modę. Sytuacja wydaje się być złudnie podobna do tej sprzed kilku miesięcy, gdy poszczególni nasi rodacy postanowili popisać się humorem i oznaczać się jako „bezpiecznych” po trzęsieniu ziemi w Nepalu. Teraz jednak przybrało to daleko większe rozmiary oraz (być może) skutki.

Zatrzymajmy się w tym miejscu. Nie chcę oczywiście powiedzieć, że pośród użytkowników z tęczowym profilowym nie było takich, których podstawowym celem było wspieranie decyzji Sądu Najwyższego USA, czy też samej idei homo-małżeństw. Twierdzę natomiast, że znaczna część z nich postanowiła wrzucić tęcze na swoje profilowe w wyniku tworzącej się swoistej… mody. Nastąpił pewien przerost formy nad treścią – idea uległa swemu symbolowi. W ten właśnie sposób możliwość okazania solidarności została zmieniona w najzwyklejszy trend, chęć odróżnienia się lub też… próbę zagrania na nosie bardziej konserwatywnym znajomym.

Tu dochodzimy do drugiego etapu, w którym nasze polskie piekiełko wyhodowało sobie obydwa rogi. Akcją stającą w opozycji do tęczowego profilowego było… biało-czerwone profilowe. Część osób reprezentujących środowiska konserwatywne, narodowe, lub też po prostu sprzeciwiające się małżeństwom jednopłciowym, postanowiła podnieść do „walki” nasze barwy narodowe. Abstrahując od dobrych chęci inicjatorów pomysłu, sama forma jest ciężka do zaakceptowania. Zrozumiałe jest, że pewne ugrupowania nie pałają radością na myśl o homo-małżeństwach w Polsce. Szkopuł tkwi w tym, że gra, mówiąc kolokwialnie, nie jest warta świeczki. Użycie symboli narodowych byłoby zrozumiałe, gdyby to u nas, a nie w USA, zalegalizowanie małżeństw jednopłciowych było o krok. Czy tak jest? W naszym kraju podnoszony co jakiś czas temat związków partnerskich (nie będących nota bene małżeństwami) jest szybko torpedowany i napotyka na znaczący opór relatywnie dużej części elit, polityków i społeczeństwa.

Wspomniane już polskie piekiełko zapłonęło z siłą burzy w szklance wody. Podsumujmy oddzielnie działania obu stron „konfliktu”. Środowiska LGBT oraz ich sympatycy zbyt łatwo dali się wciągnąć do jednego worka z ludźmi, którym temat jest zupełnie obcy, żeby nie powiedzieć obojętny. Pomagając w walce swoim kolegom z USA wplątali się w zwyczajną prowokacyjną modę. Z drugiej strony, ich „oponenci” porwali się niemalże z działami na muchy – dali się naiwnie sprowokować. Od samego początku oczywistym było, że narastający tęczowy trend jest w znacznej mierze niegroźny i przejściowy. Zamiast go przeczekać, jak nakazywałaby logika, unieśli się emocjami i rzucili swój manifest, przez co sformowały się dwie przeciwstawne grupy. Po raz kolejny Polacy stanęli naprzeciw siebie w zupełnie niepotrzebnej opozycji – w sytuacji, którą wywołało w gruncie rzeczy dość zabawne nieporozumienie oraz brak dystansu.

Biorąc pod rozwagę ostatnie tygodnie dochodzę tylko do kilku naprawdę prostych wniosków. Czy czasem nie lepiej jest zatrzymać się, odetchnąć i pomyśleć? Czy obrona własnych przekonań musi mieć miejsce zawsze i wszędzie nawet, gdy niemalże nie są atakowane? Czy naprawdę nie można by wstrzymać się z zabawą tęczową kolorystyką, która dla ciebie jest tylko ładną ozdobą, ale dla kogoś innego symbolem istotnej sprawy? Czy poświęcenie minuty na zastanowienie się nad argumentami drugiej strony to naprawdę za dużo? Każdy prawdopodobnie znajdzie własne odpowiedzi. Ja swoje już mam…